
Chwiejność ciała czeka
na zauważenie
Bardzo często, gdy zaczynam pracę z kimś nowym, słyszę zdania w rodzaju:
„Nie umiem stać w miejscu”,
„Moje ciało jest jakieś niestabilne”,
„Muszę się cały czas ruszać, bo inaczej wszystko się we mnie napina”
I niemal zawsze towarzyszy temu przekonanie, że stabilność to coś, co powinno przychodzić samo. Że jeśli jej nie ma, to znaczy, że z ciałem jest coś nie tak – jest za słabe, źle zorganizowane albo wymaga naprawy.
Z mojego doświadczenia wynika jednak coś zupełnie innego. Im dłużej pracuję z ciałami — swoimi i cudzymi — tym wyraźniej widzę, że to, co nazywamy „brakiem stabilności”, bardzo często jest inteligentną adaptacją, a nie błędem.
Chcę to pokazać na kilku historiach z mojej pracy.
Kiedy ciało pierwszy raz naprawdę ma się na czym oprzeć
Jedna z kobiet, z którymi pracuję, przyszła do mnie około miesiąca temu. Spotykamy się na sesjach indywidualnych, a równolegle uczestniczy w zajęciach grupowych. Już podczas pierwszego spotkania zaczęłyśmy od czegoś bardzo prostego – od stania.
Nie od ćwiczeń, nie od wzmacniania, nie od komend typu „napnij” czy „trzymaj”. Zaczęłyśmy od sprawdzenia, czy ciało w ogóle ma poczucie, że jest niesione przez podłoże. Od szukania osadzenia na stopach, od mikroruchów, od delikatnego przenoszenia ciężaru.
Na początku było jej dziwnie. Trudno. Nienaturalnie. Miała wrażenie, że to wymaga wysiłku – jakby stanie miało być czymś oczywistym, a tymczasem wcale takie nie było. Jej ciało przez całe życie znało jedną strategię bezruchu: zawieszanie się na stawach. To dawało pozorne poczucie stabilności, ale okupione było dużym napięciem.
Po miesiącu, podczas jednych z zajęć grupowych, wydarzyło się coś, co sama nazwała przełomem. Powiedziała:
„Stoję i nie czuję, że muszę trzymać górę ciała.”
A chwilę później:
„Nigdy w życiu nie byłam tak uziemiona”.
Po raz pierwszy doświadczyła stabilności, która nie była ciężka ani sztywna, ale jednocześnie bardzo pewna i lekka. Co ważne, to doświadczenie zaczęło przenosić się na jej codzienność. Zauważyła, że w zwykłych sytuacjach jej ciało coraz częściej samo wybiera osadzenie i oparcie, zamiast zawieszania się. Tego poczucia nie da się już „oddoświadczyć”. Ciało chce do niego wracać.
Kiedy stabilność nagle znika
Inna osoba, która dopiero zaczęła przygodę z moimi zajęciami, ma zupełnie inny temperament. To ktoś, kto lubi szybkie tempo, dużo bodźców, bycie w działaniu. Sama decyzja o zatrzymaniu się jest dla niej wyzwaniem, a ruch – naturalnym środowiskiem.
Podczas jednych z zajęć wydarzyło się coś, co ją zaskoczyło. Zawsze uważała się za osobę stabilną. A jednak w momencie, gdy naprawdę osadziła się na stopach i pozwoliła napięciu puścić, jej ciało zaczęło się wychylać. Na chwilę straciła oś.
Dlaczego tak się stało?
Bo to, co wcześniej dawało poczucie stabilności, było kompensacyjnym napięciem. Kiedy napięcie zniknęło, ciało nie miało jeszcze nowego punktu odniesienia. To nie był regres ani cofnięcie się. To był moment, w którym stare strategie przestały działać, a nowe dopiero zaczynały się budować. Ciało zaczęło szukać stabilności na nowo – już nie przez trzymanie, ale przez oparcie.
Zróbmy małą pauzę
W tym miejscu ktoś mógłby zapytać skąd wiem, że to było napięcie kompensacyjne?
Przecież równie dobrze można by pomyśleć, że jej ciało po prostu zwiotczało, że „puściło za bardzo”.
Kiedy patrzę na człowieka w ruchu i w bezruchu, nigdy nie widzę jednego elementu w oderwaniu od reszty. Widzę całość. Zauważam, gdzie napięcie się zagęszcza, a gdzie ciało faktycznie traci tonus i wpada w tryb „makaronu spaghetti”. Zwracam uwagę na niuanse – na przykład kształt stóp i ich relację z ziemią, sposób, w jaki ciężar się rozkłada, miejsca, w których oddech ma przestrzeń i te, w których jej zupełnie brakuje.
Lata pracy nauczyły mnie dostrzegać, skąd ciało realnie czerpie zasoby. A kiedy tych zasobów brakuje – widzę też, gdzie ciało zaczyna ich desperacko szukać. Wychylanie się tej kobiety nie było brakiem stabilności, tylko momentem, w którym stare źródło podparcia zniknęło, a nowe nie zdążyło się jeszcze zorganizować. To był etap przejściowy, a nie „rozpad”.
Moja własna droga do oparcia
Sama przez długi czas byłam osobą, która bardzo łatwo traciła osadzenie. Szczególnie pod wpływem emocji. Kiedy gubię oparcie, moje ciało, żeby utrzymać stabilność, wybiera jedną z dwóch dróg.
Albo wchodzi w ciągły ruch – mówię, ale nieustannie przesuwam ciężar z nogi na nogę, czasem nawet zaczynam chodzić. Albo, jeśli nie ma na to przestrzeni, zamrażam się w napięciu, najczęściej w okolicy karku, szyi i mięśni biodrowo-lędźwiowych.
To nie są złe reakcje. To są adaptacje. Próby poradzenia sobie z nadmiarem bodźców i emocji. Kiedy jednak zauważam ten moment i świadomie się uziemiam, wszystko się zmienia. Ciało odnajduje oparcie. Nie musi się ruszać ani zamrażać. Dzięki temu wydłuża się czas pomiędzy bodźcem a reakcją – reakcja przestaje być impulsywna.
Zmienia się nawet sposób, w jaki mówię i jestem odbierana. Mowa ciała nie komunikuje już napięcia, ucieczki czy chęci zniknięcia. Jest więcej spokoju, obecności i stabilności.
Co to zmienia w ruchu i ćwiczeniach?
Bardzo dużo.
Kiedy w pierwszej kolejności odnajduję oparcie, ciało wchodzi w ruch w zupełnie innej organizacji. Aktywują się te mięśnie, które faktycznie powinny pracować, a te, które wcześniej pełniły rolę strażników czuwania, mogą wreszcie odpuścić.
Zauważyłam też coś bardzo ciekawego: im bardziej się staram, im bardziej chcę „zrobić dobrze”, nie popełnić błędu, wypaść idealnie – tym szybciej moje ciało traci oparcie. Kluczem okazuje się pozwolenie sobie na bycie dokładnie tam, gdzie jestem w danym momencie. Bez poprawiania, bez dążenia do ideału. To jest punkt wyjścia.
Zamiast robić najlepiej, jak potrafię z głowy, zaczynam szukać bezpiecznych punktów odniesienia w ciele. Miejsc, gdzie mogę się oprzeć. I to właśnie z tego miejsca ruch zaczyna się wydarzać sam. Ja jedynie nadaję mu kierunek. Z zewnątrz może wyglądać jak kontrola, a w rzeczywistości jest to dialog – umysłu z ciałem oraz ciała ze światem zewnętrznym i działającymi na nie siłami.
Dlaczego więc ciało gubi stabilność?
Bo reaguje. Na to, co dzieje się teraz, i na to, co pamięta z przeszłości.
Sztywność, napięcie, bujanie się czy zawieszanie nie są błędami. Są adaptacyjnymi odpowiedziami ciała na warunki, w jakich przyszło mu funkcjonować.
Problem nie polega na tym, że ciało robi coś źle. Problem pojawia się wtedy, gdy nie ma innych opcji. Praca z ciałem, którą prowadzę, nie polega na eliminowaniu tych reakcji, ale na dodawaniu nowych możliwości. Takich, w których ciało nie musi wszystkiego trzymać samo.
Bo stabilność nie rodzi się z kontroli.
Rodzi się z oparcia.
Jeśli czytając ten tekst, masz poczucie, że Twoje ciało dokładnie to robi – chwieje się, szuka, testuje, zamiast po prostu się osadzić i poruszać w lekkości.
Albo przeciwnie – czujesz sięsztywno, a nadmierne napięcie stało się sposobem, w jaki ciało próbuje poradzić sobie ze wszystkim.
Z tym właśnie pracuję w indywidualnym procesie 1:1.
Nie po to, żeby ciało naprawiać. Tylko, żeby nauczyć się je czytać i dać mu realne oparcie. By nie musieć już dłużej całego świata nosić na sobie, tylko dać się światu ponieść. I choć brzmi to bardzo poetycznie, tak naprawdę jest to całkowicie cielesne.

Super wpis, dający dużo do myślenia ❤️
💜🙏